Mam wyrobione poczucie niesmaku

Archiwum

2011
wrzesień
2010
październik
maj
marzec
luty
2009
grudzień

Linki

2011
wrzesień
2010
październik
maj
marzec
luty
2009
grudzień

Księga Gości

dodaj | zobacz

2011-09-13 22:06:23

Smutno mi. True blood się skończyło w takim momencie, że aż po prostu szkoda gadać. Sookie nie jest z Erickiem, z Billem też nie, tak gwoli ścisłości, w ciągu ostatniej minuty zginęła Tara i Debbie, Lala zabił Jesusa, choć technicznie to nie był Lala tylko Marnie, Bill i Erick zabili Nan, Russel się wydostał, a Jess już regularnie sypia z Jasonem. Brzmi jak sen pijanego idioty, ale… Bardzo polubiłam ten serial i ciężko będzie poczekać kolejny rok, żeby zobaczyć początek piątego sezonu.

Pisałam wczoraj egzamin z PTCHmu i mam okropnie mieszane uczucia. Po wyjściu byłam pewna, że zdałam, teraz to już totalnie nie wiem, czego się spodziewać. A z każdą godziną, w której nie ma wyników, coraz bardziej się denerwuję, chociaż wiem, że to totalnie bez sensu. Nic chyba na to nie poradzę. Wmawiam sobie tylko, że jeśli teraz nie zdam, to nic się nie stanie i napiszę sobie test raz jeszcze w październiku. Poczekamy, zobaczymy.

Kinga cieszy się, że zbliża się rok akademicki – ja wręcz przeciwnie. Nie będzie czasu na nic, na nudę, filmy, opierdalanie się przez cały dzień, cudowne randki… Tak brakowało mi w tym roku wakacji, takich prawdziwych wakacji, że ciężko to sobie nawet wyobrazić. Sześć tygodni w laboratorium, przygotowanie do egzaminu, egzamin… I łącznie miałam, uwaga, 9 dni. Słownie DZIEWIĘĆ. Z czego 12 przechorowałam. Zapalenie błony śluzowej żołądka – cudownie brzmi, nie? No a do wakacji to jeszcze to, co teraz, ale teraz jestem tak rozbita brakiem roboty, że ciężko to nazwać czymkolwiek. Więc z drugiej strony może również się cieszę, że niedługo znów studia.

Martwię się Michałem. Ma zdane dwa przedmioty, w tym jeden fartem, bo odpowiadałam za niego na ustnym… Teraz nic mu nie idzie, a ten i tamten rok snują się za nim jak dementorzy za Potterem. Tylko Potter, jak wszyscy wiemy, dementorów pokonał. A ten romans może skończyć się pocałunkiem..

Jutro Mama przyjeżdża do Krakowa, może obie troszkę się oderwiemy od rzeczywistości. Mamy iść do zoo i do IKEI, może na jakieś zakupy… Mam nadzieję, ze się nie pokłócimy w drugim kwadransie dnia i że będzie naprawdę miło.

skomentuj (0)

2010-10-31 17:10:38

Nastrój utrzymuje się. Tęsknię jak głupia :/

 

Chciałam posłuchać jazzu, ale... Mój intermet jest tak wolny, że uniemożliwia przeglądanie stron i używanie shoutcastów jednocześnie. Po prostu bajka.

skomentuj (0)

2010-10-29 19:39:53

blog, reaktywacja? 

Nie wiem, czy to ma sens. W chwili obecnej jestem podłamana, więc będę się tylko żalić, ale z drugiej strony... To jest jeden z tych dni, których nienawidzę. Nie mam z kim pogadać, nawet na gg. K pojechał do domu, bo swięto zmarłych, bo wypada, a ja zostałam w Krk, czując okropną pustkę. Nienawidzę, jak wyjeżdża, po prostu nienawidzę i nie potrafię tego wytłumaczyć. Wszystko nagle jest za ciche - teraz telewizor ryczy, ja po prawdzie też ryczę, ale nie dźwiękami Faktów. 

Nie wiem, co się ze mną dzieje, nie wiem, czy chcę wiedzieć. PK mnie dołuje, chociaż się uczę, nic mi nie wychodzi, zawalam jedno koło po drugim, a sił i chęci coraz mniej. Słowem? Mam dość

Wiem, że narzekam, ale raz na czas muszę sobie ulżyć i nie mieć na twarzy uśmiechu od ucha do ucha. Jestem zmęczona... Ojciec dalej się do mnie nie odzywa, ba! Boi nawet zadzwonić się na domowy, żebym przypadkiem nie odebrała. Wspaniała sytuacja, nie? Może jak trochę potęskni, to sam do mnie zadzwoni, chociaż szczerze w to wątpię. Nie odzywa się do mnie (a właściwie ja do niego...? nvm - nie rozmawiamy) już ponad miesiac. Ciężko mi z tym, ale cóż. Boje się, że jeśli pojadę do domu, powiem coś, co myślę, a jemu się to nie spodoba, to znów mnie pobije... Nie wiem, jak długo tak można. K dawał mi do tej pory oparcie, ale teraz wyjechał, a moje poczucie bezpieczeństwa razem z nim.

I właśnie dlatego, w piątkowy wieczor siedzę sama w pokoju, chlipię, oglądam reklamy (w przerwach jakieś programy na tvn) i ogólnie nie mam pojęcia co ze sobą zrobić, więc wykanczam raport z elektrotechniki. 

 

Jestem żałosna, nie?

skomentuj (0)

2010-05-11 20:04:50

Dawno nie pisałam, wiem, przepraszam – choć w sumie nie mam kogo, bo nikt mnie nie czyta. I dobrze, przynajmniej nikt mi nie jęczy, kiedy dodam kolejną notkę. I czemu się tyle żalę. A dziś będę się żalić, bo już po prostu mam dość.

Kogo? Moich dziadków, tego obrzydliwego, zimnego, wilgotnego domu i tej mojej paraliżującej niechęci do wszystkiego. Najchętniej położyłabym się i zasnęła, a jeszcze chętniej zrobiłabym to, gdyby mój K. był obok mnie. Ale go nie ma, więc póki co porzućmy ten temat – bez obaw, wrócę do niego zapewne nie raz i nie dwa i to jeszcze w tym tekście. O ile można nazwać to tekstem.

Jak już powiedziałam, mam dość moich dziadków. Czego konkretnie, spytacie, więc już Wam mówię. Babcia ma wieczną menopauzę. Wychodzę na koncert – źle, siedzę w domu – źle, uczę się – źle, nie uczę się – źle, chcę umyć włosy – no przecież masz czyste, chcę się ładnie ubrać – no jak ty wyglądasz?!, chcę pierdolnąć jej w ryj i… nie mogę się na to zdobyć. Słabość? Możliwe, ale ja wolę nazywać to instynktem samozachowawczym. W końcu muszę u nich mieszkać, bo ani na osobne mieszkanie mnie nie stać (tzn. moich rodziców, bo oczywiście mój genialny plan zajęć nie pozwala mi na znalezienie pracy), ani ewentualnie nie miałabym z kim wynająć. Żaliłam się na babcię, czas na dziadka. Tu jest o wiele bardziej złożony problem, ponieważ jest on człowiekiem, który obraża się za byle co. Nie posprzątam w pokoju – foch, spóźnię się (wrócę o 22.05) – foch, wyjdę na noc, po miliardowym przypomnieniu o tym, że wychodzę na noc – foch, bo mi nie powiedziałaś, odmówię mu zrobienia czegoś (np. posegregowania 300 zdjęć na czarno – białe i kolorowe, z obróbką każdego z nich z osobna, ponieważ mam ważne kolokwium następnego dnia) – foch argumentowany „ja dla Ciebie wszystko, a Ty dla mnie nic”… Tak więc dziś robiłam mu prezentację (3.5 godziny) zamiast rysować zawór na grafikę inżynierską. Jest ciekawie, nie ma co.

Na szczęście, to nie koniec moich problemów. Mam potężny zgrzyt na studiach. Nie zdałam kolokwium zaliczeniowego z chemii nieorganicznej, co mnie niezwykle zdziwiło, bo zrobiłam trzy z czterech zadań. Co najciekawsze, naprawdę sporo się na to kolokwium uczyłam. A co mnie denerwuje w tej sytuacji? To, że niejaka Monika J. nie uczywszy się nic, zdała na 4. BO ŚCIĄGNĘŁA! Niesprawiedliwość, ale nikt nie mówił, że będzie sprawiedliwie. I w ogóle, słuchajcie – ww. Monika miała czelność chwalić mi się tym, że nic nie zakuwała i zdała, a ja się uczyłam i nie zdałam. Gdybym mogła, to bym ją zabiła. Najlepiej dwukrotnie.

Ech, wartym odnotowania jest również fakt nie zdania przeze Mnie zaliczenia z grafiki. Tego się właściwie spodziewałam, bo pomimo dwukrotnego przeczytania książki czułam się okrutnie zielona z tego przedmiotu. Cóż, może na poprawie pójdzie mi lepiej… Jeśli nie, to leżę.

Najbardziej dobija mnie jednak inna sprawa. Otóż absolutnie NIC  mi się nie chce. Pisałam o tym przed chwilą, wiem, ale za cholerę nie mam pojęcia, co z tym fantem zrobić. Nigdy w życiu się nie czułam tak dobita. Nie wiem, czy to wiosenne przesilenie, moje przesilenie związane z braniem tabletek, ogólnoświatowe przesilenie (bo dochodzą  mnie słuchy, że nie tylko ja się tak czuję), ale drażni mnie to, w związku z czym chodzę i warczę na ludzi. A dziadkowie drażnią mnie samym oddychaniem (jak robiłam tę prezentację dziadkowi i on stał obok mnie co chwilę pociągając nosem, to aż mnie nosiło z obrzydzenia i złości). Nie wiem o co chodzi, mam jedynie nadzieję, że przejdzie, zanim zrobię komukolwiek krzywdę.

skomentuj (3)

2010-03-28 12:46:33

Skoro i tak nie mam ochoty siąść do macierzy, to przynajmniej napiszę notkę, bo dawno tego nie robiłam. Jest sobie niedzielne południe, mój cud chłopiec właśnie jedzie do Krakowa (tzn. zajmie mu to jeszcze kilka dobrych godzin, ale co tam), z radia płynie wspaniały jazz na zmianę z musicalami („prostu z Broadwayu”), jestem na świeżo po przeczytaniu kilku Kominkowych notek, w planach mam zrobienie sobie kawy z duuużą ilością mleka. A właściwie, to dlaczego nie zrobić tego teraz?

Ok, mam kawę, jestem szczęśliwsza. Chciałabym dziś napisać o cudownych ludziach. Ostatnio do tego zacnego, elitarnego grona dołączyła jedna osoba i cudownych ludzi znam już… piątkę. Niewiele, prawda? Mimo wszystko, bardzo się cieszę, że wokół mnie jest ich aż tylu – dwóch facetów i trzy kobiety. I zapewne nawet nie wiedzą, że są w tym gronie. Ironia.  Ale cóż, ważne że są. I z tego miejsca, mając nadzieję, że przynajmniej dwójka z Was, kochani, to przeczyta, chciałabym Wam gorąco podziękować. Za to, że jesteście, że wiecie co powiedzieć, że potraficie mi powiedzieć, że jestem debilem w chwilach, gdy naprawdę się tak zachowuję, że ratujecie mi dupę przed różnymi głupotami, poprawiacie humor jednym uśmiechem, że rozumiemy się bez słów. Za to, że nawet, jak się kłócimy, niezmiennie na śmierć i życie, to dwie godziny później jesteście w stanie mi powiedzieć „przepraszam, to bez sensu, ale to też Twoja wina, wariatko :*”  i zachowywać się, jakby nic się nie stało. Więc jeszcze raz – DZIĘKUJĘ!

                Zmieniając temat, żeby nie było tak cukierkowo i w ogóle. STUDIA. Jakaś znienacka (z matmy), która nawet niewiadomo czy będzie, kolokwium z laborek, , grafiki, tona zadań z moodli. Wesoło jest, nie ma co. Trochę zmęczona już tym jestem, podenerwowana. Najzabawniejsze jest to, że jedno zadanie liczysz według jednego wzoru, drugie (zupełnie analogiczne) już do tego wzoru nie pasuje, trzecie metodą prób i błędów, czwarte jeszcze inaczej. Bądź tu normalny i myśl logicznie :/

skomentuj (0)

2010-02-22 19:50:05

Pierwszy dzień reszty mojego życia. Jak codziennie zresztą, ale dzisiaj dzień wyjątkowy, gdyż właśnie zaczęłam II semestr. Zaczęłam i... już mam dość. Jak sobie pomyślę, co nas czeka przez te kilka miesięcy, to mi się wydaje, że to piekiełko, które przeszłam ostatnio było na poziomie przedszkola. Zobaczmy na samą chemię - dziesiątki zadań, setki (dosłownie!) punktów, chore kryteria (aby uzyskać zaliczenia z Laboratoriów należy zdobyć co najmniej 125 punktów... i jest to w dodatku minimalne minimum) i w dodatku prowadzący, na widok którego mam odruch wymiotny... Jak można prowadzić wykład, do prawie stuosobowego audytorium mrucząc sobie pod nosem i przewijając slajdy w takim tempie, żeby tylko nie można było niczego zanotować? Ja rozumiem, że on ma nas w swojej zdechło-rybiej dupie, ale naprawdę, nie musiał tego tak dobitnie pokazywać. No ale cóż, jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć też B, zakasać rękawy i zapierdalać ile wlezie, bo przecież nie dam się tak łatwo zastraszyć i wywalić.


Co ciekawe – miałam dziś pierwsze zajęcia z grafiki inżynierskiej i jestem, delikatnie mówiąc, dość zaniepokojona poziomem 'napalenia' prowadzącego na to, żeby nas porządnie wykształcić. Jak zaczął mówić, to mnie zmroziło, bo średnio (haha, dobre) rozumiałam, o czym mówił. A jak zrozumiałam część, to dotarła do mnie brutalna prawda, że będę miała kłopoty z zaliczeniem tego przedmiotu. Dlaczego? To akurat proste – nigdy nie umiałam rysować, wyobraźni przestrzennej nie posiadam i pewnych rzeczy nie przeskoczę. No ale nic – poczekamy, zobaczymy. Pociesza mnie fakt, że nie jestem sama.


A propos wyobraźni – czuję się, jakbym zdradziła Abbiego. Co włączę komputer, to z wyczekiwaniem spogląda na mnie txt z „Instynktem”. A ja nic – udaję, że go nie widzę. No dobra, może niekoniecznie aż tak dramatycznie, bo ostatnio poprawiłam IV i wywaliłam V rozdział, stwierdzając, że jest beznadziejnie przewidywalny. Mam nadzieję, że przynajmniej Szin pamięta, o czym jest ten tekst, bo ja sama powoli zaczynam zapominać. A sam Abbie chyba śni mi się po nocach, dlatego śnią mi się takie głupoty, jak tramwaj jeżdżący zygzakiem z prędkością wyścigowego żółwia i goniący mnie facet wymalowany na biało. Może już głupieję... Taki mam plan, żeby jednak nie porzucać tego tekstu na wieczność, ale co mi z tego wyjdzie, nie mam pojęcia, bo wszystkie pomysły na dalsze pociągnięcie fabuły wydają mi się oklepane i banalne, a przecież nie będę pisać wbrew sobie. W ogóle – cud się stał, bo dostałam cztery PMki, z zapytaniem, kiedy wrzucę dalszą część. Miłe to było, ale jak sobie uświadomiłam, ze muszę odpisać „Nie wiem, prawdopodobnie wcale” to już nie było mi tak fajnie. Btw, świadomość, że ktoś mnie czyta jest niezwykle budująca. Może w przyszłości zostanę drugim (pewnie milion razy gorszym i prymitywniejszym) Ziemiańskim? Kto wie, kto wie... ;)


Dobra, koniec przerwy. Biorę się za wykład z chemii, choć naprawdę BARDZO mi się nie chce.

skomentuj (1)

Weekend we dwoje 2010-02-21 20:57:15

Spędziłam, bez wątpienia, jeden z najwspanialszych weekendów w moim życiu. O ile nie najwspanialszy. Dwa i pół dnia w towarzystwie mojego wspaniałego mężczyzny całkowicie wystarczyło, żeby mnie totalnie rozkojarzyć, rozmarzyć, a teraz to nawet „roztęsknić”. Sielanka – jedyne słowo, jakim potrafię określić ten czas.

Co prawda nie siedzieliśmy i nie patrzyliśmy się w siebie (przynajmniej nie cały czas xd) – trzeba było pomalować mieszkanie. Dowiedziałam się, że umiem ręcznie powykręcać wkręty maniakalnie mocno wkręcone wiertarką, całkiem sprawnie posługuję się pędzlem, jestem w stanie wszystko odczyścić z farby... Po prostu niesamowite. Jakby mi coś nie wyszło z Politechniką, to spróbuję swoich sił w ekipie remontowej. Niezły pomysł, prawda?

W ogóle – Mój Kochany stwierdził, że ma ochotę na lasagne. Jeszcze zanim pojechaliśmy do mieszkania, przeszłam „internetowy kurs kucharski” [czyt. wydrukowałam przepis i udawałam, że robiłam lasagne już tysiąc razy]. Niestety mój genialny plan zgrywania doświadczonej kucharki nie wypalił, bo jak tylko K. się spytał „Robiłaś to już kiedyś kochanie?”, to oczywiście odpowiedziałam, że nie. Co mu będę kłamać, ze najprawdopodobniej oboje skończymy na SORze. Na szczęście, nie było tak źle, a co najlepsze – lasagne wyszła, co więcej, całkiem dobra, a wiem to, po tym, jak K. chciał wziąć dokładkę, zapominając, że naczynie żaroodporne po wyciągnięciu z piekarnika jest zazwyczaj wściekle gorące, i chcąc jak najszybciej mieć ją już na talerzu... stłukł pokrywkę ;)


Malowanie, malowaniem (choć muszę przyznać, że K. też mógłby wstąpić do ekipy remontowej), ale po tym weekendzie czuję się... Cholera, nie wiem sama, jak się czuję. Szczęśliwsza, to pewne. Świadoma tego, że wchodzę w poważniejszy związek, raczej też jestem. Nie wiem. Ale jedno, czego jestem na dwieście procent pewna, to to, że jestem wściekle zakochana i bardzo mi z tym dobrze, bo wiem, że to odwzajemnione uczucie. A wiem to stąd, że K. zaproponował mi wspólne mieszkanie. Nie teraz, nie za miesiąc, najwcześniej w przyszłym roku – nie chcemy się tak bardzo spieszyć. W ogóle – powiedział mi dziś, że chciał sprawdzić przez te dwa dni, jak się będziemy dogadywać, czy wytrzymamy ze sobą, jak się będziemy dzielić obowiązkami. I wiecie co? Powiedział, że było dokładnie tak, jak sobie wymarzył. Idealnie tak... Dodał też, że „przez żołądek do serca” wcale nie jest takim głupim powiedzeniem i że teraz ma milion więcej racjonalnych powodów, żeby stworzyć ze mną stały związek... Jeśli istnieje ta jedyna osoba, „ten właściwy”, wymarzony Mr Right, to jestem pewna, że K. właśnie nim jest.


Wiem, cukierkowa notka, ale co mam poradzić? Pierwszy raz od dawna jestem szczęśliwa. Zaliczyłam sesję, praktycznie bez większych problemów, ale ile mnie to nerwów kosztowało, to tylko i wyłącznie ja wiem. Dziś rano uświadomiłam sobie, że już po wszystkim (dziś rano! Podczas gdy ostatni egzamin odbył się w poniedziałek!), że dalej jestem studentką, że mam szansę na jakąś przyszłość...

Tę radość zakłóca mi jednak pewna przykra wiadomość – nie wszyscy zdali tę sesję. Dla mojej słodkiej Lenki, Moniki, Angie i wielu wielu innych osób ona się jeszcze ciągnie. Trzecie podejście do chemii, dla niektórych do fizyki, o matematyce nie wspomnę. A chciałabym, żeby oni wszyscy mogli poczuć to, co ja teraz. Nawet K. się śmieje z tego, że tak się przejmuję innymi, ale ja niestety inaczej nie potrafię. Niestety.

skomentuj (0)

szablonynablogi.pl | Photo by flickr